Ta strona chyba wykorzystuje pliki cookies. Nie jesteśmy pewni, ale jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!
Drukuj

"Opowiadania z okresu stanu wojennego" - pod patronatem Silesia Cafe

Opowiadania przedstawiają spostrzeżenia autora z pobytów w więzieniach i aresztach w stanie wojennym. Nazwiska i wydarzenia są prawdziwe. Opowiadania zawarte w tej książce napisane zostały w roku 1982, ale ze względu na swoją treść nie mogły być wydane w tym czasie w kraju. Część opowiadań, skonfiskowanych przez służbę więzienną, została odtworzona w późniejszych latach. Niektóre były wydawane w periodykach polskojęzycznych za granicą oraz w drugim obiegu. Jedno z opowiadań zostało wysoko nagrodzone w konkursie literackim ogłoszonym przez KIK Kraków w roku 1984.

O Autorze:
Bolesław Tadeusz Piątek – doktor nauk technicznych. Od roku 1954 pracuje w Katowicach. Współzałożyciel Związku Więźniów Politycznych Okresu Stanu Wojennego z siedzibą w Katowicach.

 

Fragment książki

Pewnego jednak razu, gdy wydawało się, że beznadziejność trwania tutaj nigdy nie minie, na niebie, ściślej nad dachami miasta, pojawiły się ptaki. Zrazu były to małe grupki, ale później ich szpaler gęstniał. Dziwne, że nie leciały sobie w dowolnych kierunkach, jak np. gołębie, ale leciały kolumną. Nadlatywały zza budynku szpitala dla psychicznie chorych. Czekałem codziennie na ten moment, aż ukażą się pierwsze szeregi ptactwa, synonimy swobody i beztroskiego życia na wolności.

Po jakimś czasie Tadeusz przysunął swój taboret i mimo ciasnoty w oknie obserwacje prowadziliśmy we dwójkę. Jego obecność niefrasobliwie przerwała medytacje nad swobodą przemieszczania się ciał ożywionych według własnych upodobań.

- Lecą do miasta bez przepustek i nikt ich nie kontroluje – rzekł Tadeusz.
- Ale przecież władza wojskowa wycofała z dekretu o stanie wojennym artykuł o przepustkach i szpaki nie muszą się legitymować – wyjaśniłem.
- Szpaki przecież nie czytają gazet i nie mogą o tym wiedzieć.

Jak w horrorze przypomniała mi się scena, gdy kilka miesięcy wcześniej wiozłem w pociągu „towar”. Wszedł konduktor w asyście patrolu wojskowego złożonego z kaprala i dwóch żołnierzy. Sprawdzali przepustki i dowody osobiste. Pomyślałem, że to już koniec ze mną, chyba że nikt nie wyda, że walizka nad głową jest moja. Podałem bilet, a patrolowi dowód bez wymaganej przepustki, oczekując aresztowania. Nic takiego nie nastąpiło. Ulga, udało się. Wraz ze mną przebywają domorośli drukarze, kolporterzy ulotek, którym szczęście mniej sprzyjało niż mnie. Sprawiedliwość socjalistyczna stanu wojennego swoją łagodność określała zawsze równym wymiarem – każdemu po trzy lata, bo mniej nie można w trybie doraźnym.

Ze wspomnień wybił mnie Tadeusz:

- Czy wiesz, że szpaki są szkodnikami? Potrafią ogołocić drzewo z czereśni w kilkadziesiąt minut. Teraz wracają do miasta, siadają na dobrze oświetlone drzewa i godzinami wrzeszczą. Najbardziej lubią siadać na kasztany. Jak robiłem za stracha na szpaki, to co ja się ich objadłem. Szpaków nie czereśni. Nigdy wtedy nie byłem głodny.

W ten sposób Tadeusz demolował moje majestatyczne wyobrażenie o locie wśród ptaków. Nie byłem więc zadowolony, kiedy przystawiał swój stołek i sprowadzał wyobraźnie do stanu ponurej egzystencji, całkowicie statycznej i bezlotnej.

W ostatnich dniach sierpnia przez pawilon przelała się fala apeli i ulotek z okazji drugiej rocznicy podpisania układów społecznych.

W pawilonie kobiecym zamknięto prewencyjnie grupę dziewcząt i kobiet. Smętne pieśni kryminalistek zastąpił znany i wesoły mazurek dziewczyn z aktywnych szeregów „Solidarności”:

Wyrwij murom zęby krat
Zerwij kajdany połam bat
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat.

Szpaki jakoś nie odczuwały napięcia zbliżającego się starcia i latały pewne swych racji do śródmieścia, wlewając kojące marzenia o skrzydłach. Wiedziałem, że nie wyrwę murom krat, a bat w postaci czołgu na ulicy nie jest do połamania. Nieokreślony był jedynie termin, gdy pogrzebany zostanie stary świat doktrynalnego despotyzmu. Tkwiłem więc wzrokiem w niebie, oczekując, aż przeleci ostatni szereg szpaków, a sprawę terminu starego świata pozostawiłem samemu sobie.

Wieczorem z głośników padały apele rządowe do ludu pracującego, aby nie dawał posłuchu elementom wywrotowym prącym do zamętu społecznego. Ze Szczecina krzyczał ten, co tam podpisywał układy społeczne, że oskarża elementy ekstremistyczne o popychanie ludzi na śmierć, pod lufy broni, bo władza jest zdecydowana bronić socjalizmu w imię najwyższych racji, tj. racji utrzymania się przy władzy.

31 sierpnia poranek rozpoczął dzień pogodą i miłym nastrojem. Noc przepędziła koszmary z głośnika. Na spacerze stanęliśmy w szeregu. Samuraj przedstawił nasz skromny wkład w protest ogólnonarodowy. Staliśmy nieruchomo z pięścią uniesioną w górę. Nikt do nas nie strzelał, a klawisz spacerkowy spokojnie palił papierosa przymrużywszy oczy. On wiedział, co będzie. A było tak:

Wczesnym popołudniem do pawilonu wkroczyła atanda w sile niepełnego plutonu, nie wliczając w to psów. Z krzykiem i szczekaniem rozpoczęto pacyfikację pawilonu, cela po celi. Zrazu nastrój paniki podsuwał myśli o chowaniu pism i ulotek, a nawet prowiantu z paczek. Małoletni, nie opanowawszy paniki, usiłowali wyrwać klepki z podłogi i tam schować listy oraz ulotki.

- Chyba nam wpieprzą, jak tu wpadną, pałek nie pożałują, wiedzą, że jesteśmy podpadnięci – zauważył małolat, aby zdławić własny lęk.
- A nawet jakby ci przyłożyli, to co, nie należy ci się? A dlaczego byłeś taki niegrzeczny? Wczoraj zupki nie zjadłeś, do ustępu wylałeś i co mówiłeś? To dla ciebie, towarzyszu generale, a tu ściany mają uszy i kapusie mają uszy. A kto malował generałowi szubienicę? I to po wprowadzeniu stanu wojennego na przystankach autobusowych? – szydził z chłopców Samuraj, sobie tym samym dodając otuchy.

Wśród wrzasków oddziału i krzyków wystraszonych więźniów dłużyły się chwile oczekiwania.

- Widocznie zmienili kolejność i nas obsłużą w dalszej kolejności – zaczął swą opowieść Antoni. – W Katowicach drzwi do celi były otwierane do wewnątrz, bo tam jest wąska balustrada i można było te drzwi zablokować łóżkami. Jak kiedyś założyliśmy strajk na pawilonie, to klawisze musieli długi drąg oprzeć o przeciwległą ścianę i wypchać drzwi siłownikiem hydraulicznym. Łóżko wygięło się i mieli nas jak na widelcu. Trzeba było wynieść wszystkie łóżka i plażowaliśmy na gołej podłodze. A tutaj nie ma jak zablokować tych drzwi, bo odchylają się na zewnątrz. Jak wejdą, to przymierzą gumy do skóry, byle tylko nie dać się po nerkach.

Samuraj, nie wiedząc co robić, przyjął pozycję karate. Zamyślił się chwilę i opowiedział, jak sztuki karate uczył go właśnie strażnik więzienny.

- I kto by wówczas pomyślał, że przyjdzie taka chwila jak ta, że nawet przed takimi skurwielami nie będę mógł się bronić – zakończył smutno monolog.

Kiedy otworzyli drzwi, krzykiem kazali ustawić się w korytarzu. Naprzeciw w szeregu w hełmach z przyłbicami spuszczonymi na twarze, stała drużyna bez ruchu. Pałki mieli spuszczone. Stali naprzeciw ludzie, w których rozpoznano niektóre twarze: opanowaną postać dentysty; znalazł tu zastosowanie dla celów przeciwnych do zawodowych, stał spokojnie magazynier odzieżowy, który niedawno zapewniał, że nigdy nikogo nie uderzył. Stali zwyczajni klawisze z naszego pawilonu i obcy, zmobilizowani z pawilonów kryminalnych. Na dole kręciły się psy oswojone z widokiem dużej sfory ludzi kotłujących się na naszym piętrze. Widać, że psy są zadowolone ze swej roli postrachu na ludzi, bo zawsze to lepsza robota niż siedzenie w klatkach o tej porze dnia. Przy schodach stał komendant pawilonu, bezpośrednio akcją kierował nieznany oficer. Wszyscy ubrani w polowe mundury wojskowe moro. Do celi weszło czterech strażników, a dwóch zostało dla dokonania rewizji osobistej. Małolat podniósł ręce do góry, nie usłuchał rozkazu opuszczenia i kiedy dostał pałą w bok, natychmiast ręce opuścił.

- Będzie rozkaz podnieść ręce, to podniesiesz, gnojku, a jak masz rozkaz opuścić, to opuścić. Kto ci pozwolił oprzeć się o ścianę? Masz stać na baczność, gnojku – z całą mocą złości w głosie wrzeszczał sierżant, co groził pod nosem pałką.
- Zapamiętaj ten widok, abyś mógł przekazać dzieciom, jeśli uwierzą – nie dokończyłem zdania, kiedy doskoczył do mnie sierżant, zamachnął się pałą, ale nie uderzył, tylko wrzasnął obelżywie.

 

© Bolesław Tadeusz Piątek 2013

 

• ISBN: 978-83-7805-695-9
• Oprawa: miękka
• Format: 144x206 mm
• Liczba stron: 198
• Premiera: 14 sierpnia 2013
• Cena: 29,90 zł


Warszawska Firma Wydawnicza s.c.
ul. Ratuszowa 11/5/19
03-450 Warszawa
mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.
Zamówienia: Dział Dystrybucji – Edyta Karpińska Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.
Promocja: Katarzyna Kowalska Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.